Trycholog: włosa nie da się "naprawić" od zewnątrz – 4 błędy w pielęgnacji
Trycholog Anna Mackojć z Instytutu Trychologii obala popularny mit, że łodygę włosa można odżywić czy odbudować od zewnątrz – włos to martwa struktura i żadna maska nie "naprawia go od środka". Specjalistka wskazuje 4 najczęstsze błędy w pielęgnacji prowadzące do osłabienia i wypadania włosów, podkreślając, że właściwa troska dotyczy przede wszystkim skóry głowy, a nie samej łodygi.
Pełny tekst
Internet pełen jest porad dotyczących równowagi PEH, cudownych masek odbudowujących włosy czy sposobów na ich szybką regenerację. Nie wszystkie jednak mają oparcie w nauce. Dlaczego włosa nie da się "naprawić", jak prawidłowo dbać o skórę głowy i które błędy najczęściej prowadzą do pogorszenia kondycji włosów? Anna Mackojć, trycholog z Instytutu Trychologii, daje nam gotowe rady oparte o naukę, a nie marketing.
Katarzyna Dobrzyńska: Jaki jest najczęstszy mit dotyczący pielęgnacji włosów, z którym mierzy się Pani w swoim gabinecie?
Anna Mackojć, trycholog z Instytutu Trychologii: Jako trycholog w Instytucie Trychologii niemal codziennie spotykam się z mitem, że włos to żywa struktura, którą da się "odżywić" czy "naprawić" od zewnątrz. Klientka pokazuje mi np. maskę, która ma "odbudować włos od środka". Tymczasem łodyga włosa, czyli to, co widzimy i czeszemy, jest tkanką martwą - zrogowaciałą, pozbawioną metabolizmu. Żyje wyłącznie mieszek włosowy ukryty w skórze głowy. To dlatego nie da się trwale zregenerować raz uszkodzonej łodygi - kosmetykami można ją jedynie chwilowo wygładzić, nawilżyć i zabezpieczyć przed dalszym niszczeniem.
Gdyby miała Pani sporządzić czarną listę nawyków, które najszybciej niszczą zdrowie skóry głowy i jakość włosów - co znalazłoby się na jej szczycie?
Na samym szczycie postawiłabym częstą stylizację wysoką temperaturą bez ochrony termicznej - codzienne prostowanie czy modelowanie. Zasada jest prosta: im wyższa temperatura i im dłuższy kontakt urządzenia z włosem, tym większe ryzyko trwałego uszkodzenia jego struktury. Wiele prostownic pracuje powyżej 200°C, co dla włosa jest realnym obciążeniem, a kosmetyk termoochronny istotnie to ryzyko zmniejsza.
Drugi nawyk to intensywne czesanie i pocieranie włosów na mokro . Mokry włos pęcznieje i staje się bardziej podatny na rozciąganie oraz zerwanie - to moment, w którym najłatwiej go uszkodzić mechanicznie.
Po trzecie - regularne, mocno napięte upięcia noszone codziennie w tym samym miejscu . Stały pociąg za mieszki może prowadzić do tzw. łysienia trakcyjnego. We wczesnej fazie jest ono odwracalne, ale wieloletnie powtarzanie tego obciążenia może w skrajnych przypadkach doprowadzić do trwałego uszkodzenia mieszków.
I czwarte, często niedoceniane: silny lub długotrwały stres . Może on przyczynić się do przejścia części mieszków w fazę spoczynku, co po pewnym czasie bywa widoczne jako nasilone wypadanie (tzw. łysienie telogenowe). To zjawisko zwykle jest przejściowe, ale dobrze pokazuje, że kondycja włosów odzwierciedla stan całego organizmu.
Często słyszymy o „równowadze PEH” (proteiny, emolienty, humektanty). Czy w pogoni za tą równowagą pacjenci nie popełniają błędów, które zamiast pomagać, zaczynają szkodzić skórze głowy?
Tak - bo PEH stało się rodzajem rytuału, który bywa stosowany bez jego zrozumienia. Najczęstszy błąd to nadużywanie odżywek i masek proteinowych. Proteiny rzeczywiście czasowo poprawiają wytrzymałość i wygląd łodygi, ale przy bardzo intensywnym stosowaniu część osób obserwuje, że włos staje się sztywniejszy, szorstki i mniej elastyczny. Klientki przychodzą wtedy przekonane, że „włos jest osłabiony, więc potrzebuje jeszcze więcej białka” i wpadają w błędne koło. Druga kwestia to humektanty, czyli składniki przyciągające wodę, jak gliceryna. Działają dobrze, gdy w otoczeniu jest dostateczna wilgotność. W bardzo suchym powietrzu - na przykład zimą w mocno ogrzewanych pomieszczeniach - niektóre osoby obserwują, że same humektanty nie wystarczają i włosy wydają się bardziej przesuszone, dlatego warto łączyć je ze składnikami zabezpieczającymi (emolientami).
I rzecz najważniejsza dla skóry głowy: cała koncepcja PEH dotyczy łodygi włosa, nie skóry . Tymczasem ludzie wmasowują ciężkie maski w skórę głowy, gdzie mogą one obciążać ujścia mieszków. Maski i odżywki najlepiej nakładać na długość i końcówki - skóra głowy ma inne potrzeby i własną fizjologię, której nie warto mylić z pielęgnacją pasm.
Jak duży wpływ na kondycję włosów ma kwestia niedomywania lub zbyt agresywnego oczyszczania skóry głowy?
Duży - i działa to w obie strony, dlatego trudno samodzielnie znaleźć złoty środek. Niedomywanie sprzyja gromadzeniu się sebum, potu, resztek kosmetyków i złuszczonego naskórka u nasady włosów. Takie środowisko może sprzyjać namnażaniu drożdżaków z rodzaju Malassezia, które są naturalnym mieszkańcem skóry, ale ich nadmiar bywa powiązany z łupieżem i podrażnieniem. Efektem bywa świąd i uczucie przetłuszczenia. Z kolei zbyt agresywne mycie - bardzo gorącą wodą, mocno odtłuszczającymi szamponami, z intensywnym drapaniem - może naruszać barierę ochronną skóry, prowadząc do podrażnienia i reaktywnego świądu. Prawda jest taka, że nie istnieje jedna uniwersalna częstotliwość mycia. Skóra przetłuszczająca się może wymagać mycia częstszego, sucha - rzadszego. Kluczowa zasada: myjemy delikatnie, letnią wodą, opuszkami palców, koncentrując się na skórze głowy, a nie na długości. Sama łodyga doczyszcza się spływającą pianą.
Czy stosowanie produktów typu suchy szampon jest bezpieczne w codziennej rutynie, czy może prowadzić do poważniejszych problemów trychologicznych?
Suchy szampon to dobre narzędzie awaryjne, ale słaby pomysł jako codzienny nawyk - i tu tkwi cała różnica. On nie myje. Działa raczej jak gąbka: składniki absorbujące (najczęściej skrobia i krzemionka) wchłaniają nadmiar sebum, dając wizualne wrażenie świeżości. Ale sebum, zanieczyszczenia i sam proszek pozostają na skórze. Przy regularnym stosowaniu zamiast mycia te warstwy mogą się kumulować i obciążać ujścia mieszków, co u części osób sprzyja podrażnieniom i dyskomfortowi skóry głowy. W gabinecie spotykam klientki ze świądem, u których po dokładnym wywiadzie okazuje się, że wielokrotnie z rzędu sięgały po suchy szampon zamiast umyć włosy.
Jaką rolę w uszkodzeniach włosów odgrywa niewłaściwe rozczesywanie? Czy istnieje idealna technika?
To ważniejsze, niż wiele osób przypuszcza - bo to czynność powtarzana codziennie, więc nawet drobny błąd z czasem może dawać o sobie znać. Najczęstszy z nich to rozczesywanie od nasady w dół, na siłę, przez sploty. Wtedy popychamy zaplątanie ku końcówkom, tworząc coraz większy węzeł, który ostatecznie zrywamy mechanicznie. Druga sprawa to czesanie mokrych włosów zwykłą szczotką. Jak wspominałam - mokry włos jest bardziej podatny na rozciąganie i pękanie, dlatego to moment, w którym łatwo go uszkodzić.
Kiedy klientka trafia do Pani z problemem (np. wypadaniem lub świądem), po czym poznaje Pani, że główną przyczyną jest błąd w codziennej pielęgnacji, a nie kwestia hormonalna czy choroba ogólnoustrojowa?
Powiem szczerze: w mojej praktyce trychologicznej znacznie częściej trafiają do mnie osoby, u których przyczyna problemu leży głębiej - na tle organizmu - niż takie, u których winne są źle dobrane kosmetyki. To ważne, bo w internecie pokutuje przekonanie, że wypadanie czy świąd to zwykle „wina szamponu”. W rzeczywistości to raczej wyjątek niż reguła. Dlatego analiza trychologiczna to proces wykluczania, nigdy zgadywanie. W Instytucie Trychologii szczegółowy wywiad jest tak samo ważny jak sama ocena skóry głowy kamerą trychologiczną.
Najpierw pytam o oś czasu i kontekst. Problem czysto pielęgnacyjny ma zwykle czytelny początek: zmiana kosmetyku, nowy zabieg, intensyfikacja stylizacji na gorąco. Bywa, że lokalizuje się dokładnie tam, gdzie działa bodziec - na przykład podrażnienie w miejscach kontaktu z produktem. Gdy taki wyraźny związek istnieje, sprawa jest stosunkowo prosta. Problem w tym, że u większości klientek takiego prostego tropu nie ma - i to właśnie sygnał, że trzeba szukać głębiej.
Wtedy moją uwagę przyciągają objawy wskazujące na przyczyny wewnętrzne, zwracam również uwagę na wzór wypadania - cofająca się linia czołowa czy przerzedzenie szczytu głowy, które mogą nasuwać podejrzenie podłoża androgenowego, niezwiązanego z pielęgnacją. Analiza kamerą, którą wykonuję podczas konsultacji, jasno pokazuje stan mieszków włosowych i skóry głowy.
Czy są takie produkty pielęgnacyjne, które według Pani nie powinny mieć prawa bytu w naszych łazienkach, bo bardziej szkodzą niż pomagają?
Powiem ostrożnie, bo rzadko mamy do czynienia ze składnikami absolutnie złymi - częściej problemem jest niewłaściwe stosowanie. Ale jest kilka kategorii, wobec których zachowuję szczególną czujność. Pierwsza to domowe zabiegi keratynowego prostowania zawierające pochodne uwalniające formaldehyd. To związek o udokumentowanym działaniu drażniącym i uczulającym, sklasyfikowany jako szkodliwy dla zdrowia, a podgrzewany podczas zabiegu może uwalniać się do wdychanego powietrza. Takie zabiegi - jeśli już - powinny należeć do profesjonalisty w dobrze wentylowanym pomieszczeniu, nie do domowej łazienki.
Druga kwestia to bardzo agresywne, samodzielnie wykonywane rozjaśnianie oraz mieszanie henny z nieznanymi dodatkami - efekt bywa nieprzewidywalny i może trwale pogorszyć strukturę włosa. Wspomniałabym też o suchym szamponie używanym jako stały zamiennik mycia. Generalnie jednak unikam języka "zakazów". Mówię klientkom co innego: problemem rzadko jest pojedynczy „zły” produkt, a znacznie częściej nieodpowiednie użycie dobrego. Najistotniejsze jest dopasowanie pielęgnacji do rzeczywistych potrzeb własnej skóry głowy i włosów.
Komentarze
Brak komentarzy
Komentarze
Jeszcze nikt nie skomentował — napisz pierwszy 👇
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!