„Zaproszenie" Olivii Wilde — film o miłości, która trwa, choć przestała zaskakiwać
„Zaproszenie" to najnowszy film Olivii Wilde, który właśnie wchodzi do polskich kin. Recenzentka opisuje go jako historię o związku, w którym miłość nadal istnieje, lecz znika ciekawość drugiej osoby — uczucie podsumowane zdaniem „kocham cię i strasznie mnie nudzisz". Film eksploruje potrzebę świeżości i zaskoczenia w długotrwałych relacjach, temat rzadko poruszany w kinie romantycznym.
Pełny tekst
Są związki , które kończą się dlatego, że miłość wygasa. Są też takie, w których miłość wciąż jest obecna, ale gdzieś po drodze znika coś innego - ciekawość drugiego człowieka. Bo można kogoś kochać. Można znać każdy jego gest, wiedzieć, jaką kawę pije, czego boi się najbardziej i jak wygląda jego codzienna rutyna. A jednocześnie coraz częściej łapać się na myśli: „Kocham cię i... strasznie mnie nudzisz”.
I choć to zdanie nie pada w najnowszym filmie Olivii Wilde, to niemal przez cały seans miałam wrażenie, że właśnie ono najlepiej oddaje sens tej historii. W związkach bardzo często mówimy o potrzebie bezpieczeństwa. O zaufaniu, stabilności, poczuciu, że mamy obok siebie partnera, na którym możemy polegać. Znacznie rzadziej rozmawiamy o czymś równie ważnym – o potrzebie świeżości. O energii. O tym, żeby druga osoba po latach wciąż potrafiła nas zaskoczyć, rozbawić i sprawić, że naprawdę chcemy jej słuchać.
Bo największym paradoksem miłości jest to, że pragniemy dwóch rzeczy jednocześnie. Chcemy czuć się przy kimś jak w domu, ale jednocześnie nie przestać być ciekawi osoby, z którą ten dom tworzymy. I właśnie o tym – moim zdaniem – opowiada „Zaproszenie”.
Zwykła kolacja, która zamienia się w coś znacznie więcej
Przyznam, że przez pierwsze dziesięć minut miałam lekkie zwątpienie . Pomyślałam: czy to nie będzie jeden z tych przegadanych filmów, w których bohaterowie siedzą przy stole i przez dwie godziny tylko rozmawiają? Po części miałam rację. Bo oni rzeczywiście głównie rozmawiają. I właśnie dlatego ten film jest tak dobry.
Olivia Wilde udowadnia, że nie potrzeba spektakularnych scen, pościgów ani zmiany lokalizacji co kilka minut. Wystarczą dwa pokoje, kuchnia, łazienka i czworo aktorów. To teatr przeniesiony na ekran – i mówię to jako komplement najwyższej próby. Nie potrzeba niczego więcej, żeby dowiedzieć się, kim są ci ludzie. Co ich boli. Czego się boją. O czym marzą. A przede wszystkim – żeby zrozumieć, że w pewnym sensie są naszym lustrzanym odbiciem.
Punktem wyjścia jest pozornie zwyczajna kolacja dwóch par żyjących od niedawna w sąsiedztwie. Gospodarze są przekonani, że czeka ich spokojny wieczór przy winie i rozmowie. Wszystko zmienia się jednak w chwili, gdy odkrywają, że ich znajomi mają dla nich znacznie bardziej zaskakującą propozycję. To nie jest zwykłe zaproszenie. To zaproszenie do przekroczenia granic, których – przynajmniej do tej pory – nie odważyli się nawet nazwać.
Najciekawsze jest jednak to, że Olivia Wilde ani przez chwilę nie próbuje szokować dla samego szoku. Propozycja, którą słyszą bohaterowie, jest jedynie punktem wyjścia do znacznie głębszej rozmowy o pożądaniu, bliskości i tym, co dzieje się z relacją po wielu wspólnie spędzonych latach. Mam wrażenie, że oni nie zostają przy tym stole dlatego, że nagle zapragnęli seksualnych eksperymentów.
Zostają, bo po raz pierwszy od dawna ktoś naprawdę ich zauważył. Spojrzał na nich z zaciekawieniem. Zobaczył ich pragnienia. Zapytał, czego chcą. A może przede wszystkim przypomniał im, że wciąż mogą być dla kogoś fascynujący. I właśnie ta potrzeba bycia zauważonym wydaje mi się najważniejszym bohaterem całego filmu.
View oEmbed on the source website
Aktorstwo, które unosi cały film
Ogromną siłą „Zaproszenia” jest obsada. Penélope Cruz po raz kolejny udowadnia, że potrafi zagrać dosłownie wszystko. Ma w sobie magnetyzm, od którego trudno oderwać wzrok, a każda scena z jej udziałem przyciąga uwagę. I przyznam szczerze – bardzo dobrze było znów zobaczyć ją na ekranie. To jedna z tych aktorek, które nie potrzebują wielkich gestów, żeby zbudować emocje.
Świetni są również Seth Rogen, którego widzowie znają z „To już jest koniec”, „Supersamca” czy serialu „Studio”, Edward Norton – niezapomniany z „Podziemnego kręgu”, „Iluzjonisty” i „Grand Budapest Hotel” – oraz sama Olivia Wilde , którą wielu kojarzy nie tylko z „House M.D.”, ale również z doskonale przyjętej reżyserii filmu „Szkoła melanżu”.
To kwartet, w którym nie ma ani jednego słabego ogniwa. Każde spojrzenie, każde zawahanie i każde niedopowiedziane zdanie mają tu znaczenie. Nieprzypadkowo dialogi brzmią tak naturalnie. Scenariusz powstał na podstawie cenionej hiszpańskiej sztuki „Els veïns de dalt” autorstwa Cesca Gaya, która doczekała się wielu adaptacji na całym świecie. Wilde zachowała teatralny charakter oryginału, jednocześnie nadając historii własny rytm i współczesną wrażliwość.
To film, który zostawia więcej pytań niż odpowiedzi
Myślę, że wiele osób wyjdzie z kina z poczuciem lekkiego niepokoju. Nie dlatego, że zobaczą na ekranie coś szokującego. Ale dlatego, że film trafia w miejsce, o którym będąc w związku wolelibyśmy nie myśleć. W ten moment, kiedy wydaje się, że wszystko jest dobrze. Kocham. Jest stabilnie. Jest bezpiecznie. I... jest nudno.
Ale przecież nie jest tak źle. Czasem wychodzimy na kolację. Mamy przyjaciół. Dzieci. Cudowne wakacje za granica dwa razy do roku - znajome myśli?... Ale kiedy ostatni raz naprawdę spojrzeliśmy na siebie z ciekawością? Kiedy ostatni raz spełniłam swoją erotyczną fantazję? Czy wciąż mam odwagę powiedzieć partnerowi, czego pragnę? Czy on naprawdę jeszcze wie, czego potrzebuję?
„Zaproszenie” nie jest filmem o swingersach. Nie jest też filmem, który próbuje kogokolwiek przekonać do otwierania związków. To film o tym, że największym zagrożeniem dla wielu relacji nie zawsze jest brak miłości. Czasami jest nim nuda. A raczej moment, w którym przestajemy widzieć siebie nawzajem.
Czy warto obejrzeć „Zaproszenie”?
Zdecydowanie tak. Nie tylko dlatego, że Olivia Wilde po raz kolejny udowadnia, jak świetnie czuje aktorów i dialog. Nie tylko dlatego, że Penélope Cruz, Seth Rogen i Edward Norton tworzą jedną z najciekawszych ekranowych obsad ostatnich miesięcy. Przede wszystkim dlatego, że to jeden z tych filmów, które nie kończą się wraz z napisami końcowymi. One wracają do nas następnego dnia. Przy porannej kawie. W drodze do pracy. Podczas zwykłej kolacji z partnerem.
„Zaproszenie” może namieszać. Nie... do rozwodów raczej nie doprowadzi. Ale może obudzi - niczym kubeł zimnej wody wylanej na głowę. I bardzo dobrze.
Film wchodzi do polskich kin 3 lipca i bez cienia przesady mogę powiedzieć, że to jedna z najciekawszych propozycji, jakie pojawiły się na ekranach w ostatnich latach. Dystrybutorem filmu jest Monolith Films . Jeśli więc tego lata macie wybrać tylko jeden seans, niech będzie to właśnie ten. Nie dlatego, że odpowie na wszystkie pytania o miłość. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że odważy się je zadać.
Komentarze
Brak komentarzy
Komentarze
Jeszcze nikt nie skomentował — napisz pierwszy 👇
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!