24-letnia Marina El Khawand dostarcza leki chorym na wojnie w Libanie
Marina El Khawand prowadzi organizację pomagającą około tysiąca pacjentów miesięcznie w ogarniętym wojną Libanie. Leki – w tym kosztujące nawet 10 000 dolarów za opakowanie – trafiają do mieszkańców bombardowanego południa kraju za pośrednictwem konwojów ONZ i przedstawicielstwa watykańskiego. Organizacja pomaga m.in. chorym na serce, nowotwory i cukrzycę, a także finansuje leczenie dzieci po przeszczepach szpiku.
Zrozumiała, że nigdy nie wyjedzie z Libanu Organizacja Mariny El Khawand ma pod opieką około tysiąca pacjentów miesięcznie. Teraz, w trakcie wojny, dostarcza leki do mieszkańców pozostających nadal na południu Libanu, gdzie trwają najintensywniejsze bombardowania. – Wysyłamy je z konwojami ONZ, a ostatnio nawet z przedstawicielstwem watykańskim. Pacjenci chorzy na serce, nowotwory, z cukrzycą nie mogą czekać – mówi. – Ludzie tracą pracę, są przesiedlani, nie stać ich na leki, a tych w aptekach brakuje. Wiele terapii nie jest refundowanych. Nie ma programu po przeszczepach szpiku dla dzieci. Sprowadzamy więc leki z zagranicy. Opakowanie kosztuje nawet 10 tysięcy dolarów. Ten przyleciał dla czteroletniej Iwany – pokazuje małe pudełko. – Pięćdziesiąt osób każdego miesiąca wspierało jej terapię. Pięćdziesięciu bohaterów, którzy uratowali jej życie – dodaje. Marina ma 24 lata, a doświadczenia zdecydowanie więcej niż jej rówieśniczki. Początki nie były łatwe. – „Ta mała dziewczynka prowadzi organizację non profit?”, słyszałam. Z czasem udowodniłam, że nie ma znaczenia, czy jesteś młoda, czy jesteś kobietą, jeśli wiesz, co robisz, i jesteś zdeterminowana – mówi Marina. Trafiła na listę liderów poniżej 30. roku życia bliskowschodniej edycji magazynu „Forbes”. A wszystko zaczęło się sześć lat temu, po pierwszym roku studiów prawniczych.– Kiedy zobaczyłam tę kobietę, pomyślałam: „Przeżyła eksplozję, a umrze z powodu braku leków?” – tak Marina zaczyna opowiadać o dniu, który zmienił jej życie. 4 sierpnia 2020 roku Bejrut został zniszczony w wyniku wybuchu w porcie. To była jedna z największych konwencjonalnych eksplozji na świecie. Miasto było tak zniszczone, że dach nad głową straciło 300 tysięcy osób, 218 zostało zabitych. W ruinach zranionego w samo serce miasta Marina odnalazła swoją misję, choć rodzice chcieli ją wysłać za granicę. „Nie chcemy, byś straciła swoje marzenia w tym kraju tak jak my” – mówili. Liban jest piękny, ale nigdy nie było tu spokojnie. Młodzi wyjeżdżają za pracą, po bezpieczne życie. – Zasmuca mnie, kiedy jestem za granicą i widzę, ile młodzi mają szans, jak państwo ich wspiera. W Libanie nadal za mało jest kobiet w polityce, dyplomacji, organizacjach, bo krajem rządzą stare męskie elity polityczne. Nie czuję, by mój kraj był ze mnie dumny, więcej słów wsparcia słyszę za granicą, ale cały czas tu jestem, bo chcę to zmienić – mówi. Pierwsze doby po wybuchu. Marina należy do harcerstwa, chce ze swoją drużyną pomagać jako wolontariuszka. Oczyszczają ulice niedaleko portu, wcześniej tętniące zabawą w restauracjach i klubach. – Pomyślałam: „A co z Karantiną? Dlaczego tam nie jedziemy?”. – Usłyszała, że to zbyt niebezpieczne, bo Karantina to marginalizowana dzielnica w północno-wschodnim Bejrucie, zamieszkana przez ludzi o niskich dochodach czy uchodźców z Syrii. – Zdjęłam mundur harcerski i pojechałam sama. Pięć dni po wybuchu, a na ulicach wciąż leżały ciała. Spotkałam kobiety siedzące przed zburzonym budynkiem. Zapytałam, jak mogę pomóc. „W jednym ze zrujnowanych budynków nadal przebywa kobieta, która nie chce go opuścić, potrzebuje pomocy” – powiedziały. Weszłam i zobaczyłam staruszkę siedzącą na krześle w samym środku tego zniszczenia. W dłoniach trzymała podarte, puste opakowanie po leku. Znałam go, to był ten sam inhalator, którego używa moja mama chorująca na astmę. Nic nie mówiła, oczy miała zamknięte. Sprawdziłam, oddychała. Wzięłam to opakowanie i obiecałam, że wrócę. Pojechałam do pierwszej apteki, nie mieli leku, potem do kolejnej i kolejnej. Zapytałam farmaceutki, co się dzieje. Odpowiedziała, że brakuje go w magazynach. Zrobiłam wpis w mediach społecznościowych. Po dwóch godzinach zadzwonił telefon i usłyszałam od znajomej: „Marina, mam 12 opakowań”. Jechałam z nimi do tej kobiety i myślałam: „A co, jeśli ona już nie żyje?”. Minęły cztery godziny, chorzy nie mają tyle czasu. Kiedy dotarłam do jej mieszkania, siedziała dokładnie w tym samym miejscu. Dotknęłam jej ramienia, włożyłam opakowanie do ręki. Zaczęła płakać. Przytuliłyśmy się. Wciąż czuję bicie jej serca. Wyszeptała mi do ucha: „Dziękuję za uratowanie życia”. W tym momencie wiedziałam, że z Libanu już nie wyjadę – wspomina Marina, kiedy siedzimy w biurze jej organizacji. Przyznaje, że trudno przychodzi jej stawianie granic między pracą a życiem prywatnym. Tego ostatniego właściwie nie ma. – Nie żyję takim życiem jak moje rówieśniczki, ale jestem z tym szczęśliwa, bo to mój świadomy wybór – mówi. – Rzadko wychodzę ze znajomymi, bo mam poczucie winy, że mogłabym tę chwilę wykorzystać na pracę. Budzę się wcześnie i od razu sprawdzam telefon, czy nie dzwonił ktoś, kto pilnie potrzebuje pomocy. Podróżuję na konferencje za granicę i od razu wracam. Trudno jest odetchnąć, kiedy tak wiele osób pokłada w tobie nadzieję i mówi: „Jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc”. Przeciążenie poskutkowało wypaleniem, depresją, bezsennością. To nauczyło ją, że musi znaleźć czas na oddech. – Raz w tygodniu jadę sama do lasu, w góry. Wyłączam telefon i spaceruję. Robię sobie też 30-minutowe sesje z muzyką, kiedyś grałam na pianinie i gitarze – opowiada. Naszą rozmowę przerywa wejście kobiety w siódmym miesiącu ciąży. Pierwszą poroniła. Przyszła odebrać lek, który codziennie ratuje zdrowie jej oraz nienarodzonego dziecka. Cierpi na nadkrzepliwość krwi. Miesięczny koszt codziennego zastrzyku to 300 dolarów, kiedy brakuje leku w aptekach, nawet 500. Organizacja zabezpieczyła ją do końca ciąży. – Mnie na niego nie stać. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie Marina – mówi 30-letnia Melissa. W tym momencie naszą rozmowę zagłusza ją izraelskie samoloty, które przekroczyły barierę dźwięku, od rana nad Bejrutem krążą też izraelskie drony. Marina prowadzi organizację charytatywnie, a na jej utrzymanie zarabia m.in. w kancelarii prawnej. – Mam firmę realizującą projekty marketingowe, założyłam nawet markę modową, z której dochód jest przekazywany na nasz projekt. Chciałam, żeby każdy dolar, którym wspierają nas ludzie, trafiał do pacjentów – mówi. Medonations wspierają nie tylko Libańczycy z kraju i zagranicy, są też donorzy z 65 krajów. Bez ich pomocy podopieczni organizacji mogliby umrzeć. To motywuje Marinę, ale trudne historie, z którymi ma do czynienia, są też obciążeniem. – Widzę 50–80 osób dziennie. Słyszę o cierpieniach, problemach. Wszystko zostaje w mojej głowie – mówi. Ta prywatna inicjatywa, w którą najpierw zaangażowali się znajomi i rodzina, dziś jest organizacją ratującą życie chorych dotkniętych ubóstwem. – Żyję dla Libanu i dla moich pacjentów – mówi Marina, ale dodaje, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie mama i jej rodzina. – Stała przy mnie od pierwszego dnia. Rozumiała mnie. Organizacja to nie ja, to ludzie. Przyjaciele, lekarze, farmaceuci, donorzy. Jeśli mogliśmy uratować nawet jedno życie, to już ogromny sukces – kończy. Do tej pory pomogli 25 tysiącom pacjentówNawet w czasie kryzysu stara się odnaleźć równowagę w drobnych rzeczach – Patrzyłam wczoraj na to zdjęcie 15 minut – mówi Mia Atwi, prezeska, jedna z założycielek Embrace, i pokazuje w telefonie terapeutę z jej organizacji, w którego wtulają się uśmiechnięte dzieci w jednym ze schronisk dla uchodźców. Z powodu wojny w Libanie jest przesiedlonych ponad 1,2 miliona osób. – Daliśmy im kilka minut bezpieczeństwa, radości. Wiem, że za kilka miesięcy z pobytu w tym miejscu będą pamiętały ten moment – mówi Mia. Wojna to przewlekły stres, który codziennie oddziałuje na układ nerwowy. – Kumuluje się w organizmie. W trakcie wojny skupiamy się głównie na przetrwaniu, konsekwencje pojawiają się później. Dlatego pomoc psychologiczna i psychiatryczna powinny być długoterminowe – mówi. W Libanie trauma jest przekazywana z pokolenia na pokolenia. Kiedy Mia zakładała organizację 13 lat temu, słyszała, że konflikt jest tu codziennością. – Gdyby zapytać naszych rodziców, odpowiedzieliby, że się do tego przyzwyczaili, ale nie, do takich wydarzeń nie da się przyzwyczaić – mówi. Chciała studiować medycynę, ale została psychologiem klinicznym, bo najbardziej lubi słuchać ludzi i towarzyszyć im w zdrowieniu. Jednak staż w trakcie studiów na oddziale psychiatrycznym pokazał jej, że praca w gabinecie to za mało. Musiała zrobić coś, by pomagać na większą skalę. – W Libanie nie było świadomości chorób psychicznych. Pacjenci z trudnością prosili o pomoc. Widziałam też brak zrozumienia ze strony otoczenia. Zaczęliśmy więc od kampanii podnoszącej świadomość – wspomina Mia. Pomoc psychoterapeuty i psychiatry można uzyskać w siedzibie organizacji, ale są też zespoły mobilne, które jeżdżą do osób wykluczonych i uchodźców. Kiedy rozmawiamy, piętro niżej pracownicy organizacji przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu odbierają telefony z linii życia. Od 2017 roku było ich ponad 67 tysięcy. W trakcie wojny jest ich zdecydowanie więcej. – Dzwonią też rodzice, mówiąc: „Moje dziecko cierpi”, „Moja córka się izoluje, nie sypia, jest płaczliwa”, „Syn stał się agresywny”. Motywuje nas, że pomagamy w tak trudnym momencie dla naszego kraju i widzimy efekty tej pracy. Nie ma nic piękniejsze go niż telefony od matek: „Dziękuję, że uratowaliście życie mojego dziecka” – mówi Mia, ale przyznaje, że na życie prywatne zostaje niewiele czasu. Ma 38 lat i nie założyła jeszcze rodziny. – Moja praca i życie prywatne są z sobą głęboko powiązane. Kiedy kieruje się działaniami takiej organizacji zwłaszcza w czasie wojny lub załamania się państwa, nie ma mowy o prawdziwym „wyłączeniu się”. Telefony, sytuacje kryzysowe, odpowiedzialność, historie, które noszą w sobie ludzie – to wszystko pozostaje z tobą długo po zakończeniu dnia pracy. Jednocześnie to praca nadaje mojemu życiu głęboki sens. Nieustannie przypomina mi o naszej odporności, godności i tym, jak ważne jest, by przy kimś być – mówi.W trakcie wojny Mia bardzo dba też o zespół. – To, że toczymy walkę, nie oznacza, że mamy to robić ponad siły – mówi. Rok temu, po wojnie w 2024 roku, sama rozpoczęła terapię. – Nauczyłam się prosić o pomoc. Zrozumiałam traumy, które przekazali mi rodzice. Wojna z 2006 roku odcisnęła na mnie duże piętno. Do dziś mam koszmary. Dwadzieścia lat później widzę, jak mnie zmieniła. Powtarzałam sobie, że przecież sama dam radę, bo dorastaliśmy w przekonaniu, że trzeba być silnym, odpornym psychicznie. Tu przecież zawsze były wojny, ale doszłam do momentu, w którym czułam permanentny niepokój, bałam się, że stracę kogoś bliskiego. Zupełnie bez powodu, nawet w momentach, kiedy nie było wojny – przyznaje. Równowagę znajduje w drobnych rzeczach. – To kawa z kimś, komu ufam, przejażdżka w góry, wyjazd na plażę, słuchanie muzyki. Jednak znalezienie równowagi w czasie wojny to nie to samo co równowaga w czasie pokoju. Podczas wojny radość może zacząć wydawać się czymś obcym, jest zakłócana przez poczucie winy. Skupiam się więc nie na przyjemnościach, ale tworzeniu drobnych chwil, w których układ nerwowy przypomina sobie, że życie istnieje nie tylko po to, by przetrwać. Kiedy mam więcej czasu, lubię coś upiec czy pograć w tenisa. Bardzo lubiłam dbać o nasz dom na południu Libanu, ale nie mogę tego robić przez ostatnie dwa i pół roku z powodu wojny. Tym samym straciłam część tego, co dawało mi poczucie stabilności. To pozostawiło w moim sercu wielką pustkę, którą trudno wypełnić – przyznaje. Wojna to nie tylko stan niepewności, przewlekły stres i strata. – Jest w niej dużo niesprawiedliwości. To też uczucie, z którym trzeba sobie poradzić. Widzimy straszne obrazy, które powodują uraz moralny, czasem nawet silniejszy niż zespół stresu pourazowego. Przestajesz wierzyć w wartości, tracisz zaufanie do świata, bo kto ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć, a kto umrzeć? Te obrazy pozostawiają blizny i trzeba nauczyć się z nimi obchodzić – mówi Mia. W Libanie trudno o moment oddechu, bo jak nie wojna, to kolejny krach gospodarczy, bankowy, rewolucja, wybuch, kolejna wojna i kolejna. Pomaganie ludziom w przechodzeniu przez nie Mia postrzega również jako element budowania nie tylko społecznego spokoju, lecz także pokoju. – Kiedy wzmacniasz zdrowie psychiczne, by jakaś osoba mogła sobie z tym wszystkim poradzić, przyczyniasz się do procesu budowania pokoju. To równoważy agresję. Mimo tego, przez co przechodzimy, trzeba wierzyć w lepszy świat i nie pozwolić, by przesłoniły go traumy i lęki – mówi Mia.Bycie kobietą pomaga jej w pracy psychologa, ale prowadzenie organizacji w Libanie przez kobietę łączy się z wieloma wyzwaniami. – Kierowanie z troską i współczuciem to umiejętność i kompetencja, w których kobiety mają przewagę, pozwalając im doskonale sprawdzać się w tej roli. Jednocześnie kobiety na stanowiskach kierowniczych nieustannie zmagają się z niedocenianiem, emocjonalną oceną oraz presją, by udowodnić swoje kompetencje w sposób, z jakim mężczyźni zazwyczaj nie mają do czynienia. To niewidoczne koszty emocjonalne, jakie kobiety muszą ponosić – mówi. Sama wojna też zmienia życie kobiet. – Oczekuje się od nich, że będą nadal funkcjonować, opiekować się innymi, pracować i wspierać emocjonalnie innych, nawet gdy same są wysiedlone, pogrążone w żałobie lub przerażone – przyznaje Mia, ale zaraz dodaje, że w takich sytuacjach kobiety pokazują swoją siłę i stają się również niezwykłymi liderkami. – Widziałam, jak organizowały schroniska, spajały społeczności –opowiada. Co jej daje siłę? – Kiedy widzę zdjęcie tych uśmiechniętych dziecięcych twarzy, które ci pokazałam – mówi. – Nie ma dla mnie nic piękniejszego.
Czy społeczność międzynarodowa robi wystarczająco dużo, by pomóc cywilom w Libanie?
Komentarze
Jeszcze nikt nie skomentował — napisz pierwszy 👇
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!